Szanowni odwiedzający. Doszły mnie niepokojące doniesienia, że nie stosujecie się do zasad, którymi rządzi się ten rezerwat.
Po pierwsze. Nie wolno dokarmiać zwierząt! One mają swój harmonogram dnia, gdzie czas poświęcony na jedzenie jest dosyć kluczowy i specjalnie dostosowany, do ich trybu życia. Druga sprawa. Nie płoszyć! One ciężko przeżywają głośne zachowanie i chowają się. Tak się chowają, że nawet ja ich znaleźć nie mogę i ze stresu podjadam ich owies. Od owsa tyję i dostaję depresji.
No właśnie. Nie ma go, nie istnieje ten koń, czy co?
No to może trochę o mnie.
Wczoraj było jedno z najważniejszych wydarzeń roku kosmologicznego, a mówiąc precyzyjnie, prysznic meteorowy, zwany przez niektórych rojami Perseidów.
Moja powłoka nie wykazuje za specjalnie właściwości nabywania nasobnych zanieczyszczeń i przy dodatkowym aspekcie nieposiadania gruczołów, konserwacja tejże nie wymaga tradycyjnego dla innych metod, na przykład namaczania się w rozpuszczalnikach i detergentach. Hipotetycznie mógłbym się pocić, ale uważam to za zbędne i nieestetyczne.
Nie oznacza to jednak, że nie potrzebuję dbać o sprawności układów i czystość przepływów energetycznych.
Samo przebywanie na tej planecie wymaga bardzo sprawnych połączeń synaptycznych.
Nie wchodząc głębiej w szczegóły, postanowiłem wczoraj wziąć prysznic. Wziąłem czepek kąpielowy, ręcznik i klapki, i poszedłem w
kierunku linii Kármána. Tradycyjnie mijając strefę graniczną zaczepił mnie Custodi, pracownik Ziemskich Służb Granicznych. Custodi jest swego rodzaju inteligentną energią, mogącą komunikować się z ludźmi na poziomie telepatycznym – ale tego nie robiącym, bo niby po co. Jest strażnikiem Ziemi pilnującym, żeby ci co są za ciekawi „co jest na krańcach kosmosu” dostali jasną odpowiedź, że „nic i się nie interesuj, dla swojego dobra”, a ci co nie słuchają pierwszej sugestii kończyli zabarykadowani w swoich ziemskich pokoikach z folią aluminiową owiniętą wokół głowy.
Strażnik jest czymś, co by romantyczny autor fantastyki naukowej, określił, Mniejszym Audytorem – w odróżnieniu od Wielkich Audytorów, którzy rozdają karty w tym kosmosie. Oczywiście jest to nieprawda, bo tamci więksi od lat siedzą w internetowych kasynach i grają w ruletkę odpuszczając kwestie porządkowe związane z utrzymaniem w ryzach swoich części kosmosu. Tak powstają kolizje gwiazd neutronowych i wchłaniania się nawzajem czarnych dziur.
W moim płacie skroniowym zmaterializowało się zdanie.
– gdzie znów leziesz?! Mam informację od kolegi z Wenus, że jak ostatnio tam byłeś to zostawiłeś pompkę do roweru.
Nie używając ośrodka Broca, co jest niezwykłą oszczędnością czasu, odpowiedziałem:
– idę się wykąpać. Muszę zmyć z siebie irracjonalność tej planety.
– przecież myłeś się w zeszłym roku – zdziwił się głos w mojej głowie.
– no niby tak – trochę mnie zawstydził, w końcu mieszkańcy mojej strefy zamieszkania czasami robią to jeszcze rzadziej, gdyby byli ateistami, to już zupełnie nie mięli by żadnego bodźca.
– dobra idź. Tylko nie zostaw śmieci!
Custodi zniknął. Właściwie to nigdy się nie pojawił, ale czuło się jego obecność.
Spojrzałem na zegarek. Po zniszczeniu ostatnich dwóch chronometrów elektronicznych, tym razem postawiłem na czasomierz mechaniczny marki Восток. Znalazłem go chyba pod Stalingradem w 1942 roku. Wtedy był nowiutki, teraz taki się zrobił dojrzały wiekiem. Wybiła 12:00. Odwiesiłem ręcznik na haczyku, założyłem czepek i stanąłem w klapkach mniej więcej w centrum roju. Perseidy lśniąc przenikały moje ciało.
Czułem się zrelaksowany i przez to uniesienie straciłem kontrolę nad sobą. Spowodowało to, że wzniosłem się na wysokość 500 km do egzosfery, tam z tego błogiego stanu wybudził mnie satelita telekomunikacyjny uderzeniem w potylicę. Szkoda dalej pisać.
Ciężki dzień przede mną. Wracam do pracy.