Jak kolekcjoner nieistniejących koni, mogę śmiało przyznać, że jest to pasja, która nie zajmuje dużo miejsca. Trochę tak jakby człowiek uznał, że będzie chciał kolekcjonować nadolbrzymy. Przy takiej deklaracji, najlepszym miejscem gdzie można je trzymać, to tam gdzie w danej chwili przebywają. Tak jest i w moim przypadku. Mam tych koni bardzo dużo, ale są tam gdzie są. Nieistnienie to stan skupienia kolekcji.
Mamy teraz zintensyfikowany czas wojen gwiezdnych. Chińczycy marzą o elektrowni na księżycu – ciekawe kto pociągnie im tak długi kabel (hehehe), Amerykanie walą na Marsa, Ruscy uznali, że nie będą gorsi, ale że się już upychają w Mirze (tzn w pokoju), to postanowi sobie nie przecinać znów drogi z amerykanami i chcą eksplorować Wenus. Jak wiadomo Wenus jest skolonizowana głównie przez ancestorów Podlasian, więc życzę powodzenia.
Z braku lepszego zajęcia i z lekkiej niechęci do ostatniej wizyty na wcześniej wspomnianej planecie, postanowiłem się udać na Marsa i zobaczyć co się tam dzieje. Tym razem nie brałem roweru, bo zaraz by się temu dziwakowi Custodi coś przypomniało i jeszcze skłonny by był zatrzymać mnie na kwarantannie, a nie chcę mi się potem znów marnować sił na cofanie się w czasie o kilka tysiącleci.
Podróż trwała tyle co nic – chociaż czasami jedno nic trwa dłużej niż chwilę. Mars jest planetą dawno temu wymarłą i oprócz szczątków organicznych w głębszych warstwach geologicznych, nie za bardzo jest tu co podziwiać – no chyba, że ktoś lubi oglądać wygasłe wulkany i bezwodne rzeki. Dodatkowo ciężko się usuwa czerwony pył z ubrań, który nawiewają ciągłe burze piaskowe, więc jak na razie same minusy.
Na Marsie, zresztą tak i jak na Ziemi, istnieje straż graniczna. W przypadku tej planety jest to bardzo stara energia. Celnik nazywa się Rubrum. Zazwyczaj kontrola powinna się zacząć na poziomie ich egzosfery – to tak około 200 km od piaskownicy – ale minąłem spacerem 190 km i nic. Próbowałem się skupić i go poszukać. Nie było to spowodowane ciekawością. Raczej wolałem się zabezpieczyć. Nie zgłoszenie wizyty było by równie rozsądne, jak wjechanie starym zardzewiałym pikapem, w sombrero na głowie, na teren USA przez południową granicę, a w momencie gdy już nas namierzyły cztery Hummery H1 i jeden śmigłowiec, przyśpieszyć, wystawić atrapę karabinu maszynowego na plastikowe kulki i krzyczeć przez okno „NIGDY NIE DOSTANIECIE MOICH NARKOTYKÓW! ARRIBA!”.
Po krótkim czasie wyszukiwania odnalazłem falę Rubruma. Poczułem trzaski w płacie skroniowym i po chwili złożył się w mojej głowie dźwięk rozciągłego chrapania. Brzmiało to tak, jakby dwie planety parkowały na wąskim parkingu przed Biedronką i wjeżdżająca tarła bokiem o drugą. Uznałem, że chyba nie ma co go budzić. W sumie jakby wstał, to i tak odnotuje próbę kontaktu i dalej to się wytłumaczę.
Wylądowałem w kraterze Gale’a. Po podróży, zawsze dobrze rozprostować nogi. Idę sobie w nieokreślonym kierunku i z daleka widzę dziwną sytuację. Przede mną znajduje się łazik, Curiosity – z tego co się nie mylę -, ustawiony na lewarku, a w okolicach przedniego koła kuca przy nim jakaś zielona postać. Podszedłem bliżej. Postać zamarła w bezruchu. Podszedłem jeszcze bliżej. Postać jeszcze bardziej zamarła, prawie zmieniła się w słup ze stali.
Miała na sobie zieloną pelerynę. Głowa miała nienaturalny kształt, przypominający balon. Gdy ją obszedłem, okazało się, że po drugiej stronie “głowy” znajdują się, namalowane chyba markerem, migdałowate oczy i wąskie usta. Balon znajdował się w swego rodzaju siatce, która była przyczepiona do ramion postaci, zaś pomiędzy ramionami i sztuczną głową, znajdowała się zwykła ludzka bańka. Postać nie była przekonana, czy widzi, to co widzi. Cały czas zachowywał się jak Opos w przypadku zagrożenia i gdyby nie to że ruszały mu się gałki oczne, to by można było uznać, że nie żyje. W ręku trzymał ogromny klucz nasadowy.
– czy ty odkręcasz koło w tym łaziku? – wyrwało mi się, pomijając etykietę przedstawienia się.
– Точно нет! … znaczy, nie nie nie. Naprawiam go, bo coś tak jeździł krzywo – odpowiedział zdenerwowanym głosem.
– no chyba jednak odkręcasz koło bezrefleksyjnie i nie zamierzasz go z powrotem złożyć, porozrzucałeś śruby dookoła – wskazałem palcem jedną leżącą ze 100 m dalej.
– niemożliwe! To grawitacja! Ewidentnie, o popatrz – i zaczął podskakiwać. No w końcu grawitacja niższa niż na Ziemi, to latał jakby go napompowało helem.
– mi się wydaje, że ty dokonujesz na tym bezbronnym urządzeniu aktu wandalizmu.
Przebrany na zielono się zmieszał i jak małe dziecko, które wylało w trakcie zabawy 30 letnie Whisky z kolekcji ojca do zlewu, wpatrywał się tępo w ziemię.
– zaraz, a co ty masz pod pazuchą?! – złapałem gagatka za rękę.
– NIC! TU NIC NIE MA!! – wstał gwałtownie, próbując się uwolnić z chwytu puścił jedną rękę, która trzymała przyciśnięty podzespół elektroniczny z wiszącymi obwodami. Rozpoznałem w nim element komputera nawigacyjnego. Zwolniłem uchwyt. W tym momencie nasz mechanik się wyrwał i zaczął uciekać. Powiodłem za nim wzrokiem. Nie chciało mi się go gonić. I tak go zapamiętałem, znajdę go kiedy indziej. Wziąłem się za naprawę pojazdu.
Mogłem wziąć w sumie rower… aaa nie, nie dopompowałbym, w końcu pompka została na Wenus.
Jutro będzie trzeba poszukać tego rosyjskiego kosmity. Ale to jutro.