Jest! Widzę go. Stoi dostojnie na polanie i się pasie. Ostrożnie podnosi głowę przy każdym najmniejszym dźwięku. Rozgląda się, nastawia uszy strzygąc w różnych kierunkach, nasłuchując potencjalnego zagrożenia. Wraca dopiero do jedzenia, jak ma pewność, że nic mu nie zagraża.

W końcu go mam!

Powoli się do niego skradam, próbuję nie nadeptywać na gałęzie. Jestem jak duch. Mam przygotowany arkan, pieczołowicie zwinięty w taki sposób, by przy próbie użycia nie było możliwości zaplątania i tym samym niepowodzenia akcji łowieckiej. Co kilka kroków przystaję i klękam na jednym kolanie, żeby zminimalizować możliwość zauważenia. Jestem już prawie przy nim, prawie… nagle słyszę strzał. Łąka się rozmywa, wraz z nią koń.

Otwieram oczy. Leżę na karimacie umieszczonej pod daszkiem zrobionym z płachty biwakowej, który pośpiesznie rozłożyłem wczoraj po skończonej pracy, żeby zdążyć przed nocą.

W ręku kurczowo trzymam obwody z łazika Curiosity, które pozostały po wczorajszej naprawie. Serwis udał się w 90%. Łazik jeździ do przodu, do tyłu, skręca, hamuje… jedyny mankament, to komputer nawigacyjny, który wypadł towarzyszowi kosmicie. Najprawdopodobniej nie był on częścią oryginalną, co powoduje, że komendy nawigacyjne można wydawać jedynie po rosyjsku i w przypadku transferu ich drogą radiową, cyrylicą. Próbowałem go przetestować, ale jakoś ze stresu zapomniałam zupełnie języka carów. W tym momencie przypomnienie sobie czegokolwiek graniczyłoby z cudem. Jedyne co mi pojawia się w tym temacie, to wierszyk ze szkoły podstawowej “Алфавит мы уже знаем, уже пишем и читаем и все буквы по порядку без ошибки называем…”, co niestety niewiele pomaga w komunikacji z modułem. 

Znów się zamyśliłem zapominając zupełnie o strzale, który – jestem przekonany – nie był senną fatamorganą , ale zdarzył się materialnie tutaj na Marsie, gdzie przebywam od przedwczoraj.

Wyszedłem spod prowizorycznego namiotu. W promieniu wzroku widziałem pustynię, a praktycznie na horyzoncie, zbocza starego wygasłego krateru. Na tyłach obozowiska stał łazik badawczy i wydawał co jakiś czas niezrozumiałe komendy głosem zapijaczonego ezoterycznego medium, brzmiące jakby właśnie rozmawiał ze zmarłym Jurijem Gagarinem o skutkach kolektywizacji w byłym ZSRR. 

Gdy omiotłem teren po raz drugi, moim oczom rzucił się samotny głaz, zza którego wystawał fragment czegoś zielonego. 

Poszedłem w jego kierunku. W połowie drogi, zauważyłem, że zielone coś schowało się za głazem, jak jaszczurka, która zwietrzyła kota. Gdy doszedłem i obszedłem kamień, moim oczom ukazał się wczorajszy mechanik. Jedyną różnica w wyglądzie, była w eks głowie kosmity, którą musiał o coś zahaczyć i pękła wybudzając mnie ze snu. Zielony flak ze zniekształconymi migdałowatymi oczami i już zupełnie skurczonymi ustami, zwisał smętnie z jego pleców. Patrzyłem się na niego, on na mnie.
– kim jesteś i co tu robisz – zacząłem.
Nieznajomy milczał, ruszał przy tym bezdźwięcznie ustami, jakby był aktorem i sobie właśnie powtarzał rolę. W pewnym momencie oczy nabrały ostrości i spojrzał się na mnie jakby się dopiero obudził.
– kim jesteś i co tu robisz? – zapytał.
No to mamy jeden-jeden pomyślałem. Jak tak dalej będzie przebiegała rozmowa, to spędzimy tu kilkaset lat zanim poznamy swoje imiona. Postanowiłem przełamać impas:
– jestem Adel Bertsy. Jestem podróżnikiem międzywymiarowym. Hobbystycznie kolekcjonuje nieistniejące konie. Z kim mam przyjemność? – zapytałem
Sytuacja się powtórzyła. Mój rozmówca jakby się wygasił, jego usta zaczęły się rytmicznie poruszać. Znów nastąpiło wybudzenie i usłyszałem zdanie:
– jestem Adel Bertsy. Jestem podróżnikiem międzywymiarowym. Hobbystycznie zbieram istniejące artefakty technologiczne.
No i się wszystko wyjaśniło.
– nie ruszaj się stąd! – rozkazałem.
Szybko przeniosłem się do roku 1986. Unosiłem się wewnątrz statku Sojuz TM-1 odbywającego bezzałogowy lot kontrolny. Tak jak przypuszczałem, komputer pokładowy był otwarty, a w miejscu gdzie powinien znajdować się moduł nawigacyjny widniała dziura. Z powyrywanych kabli przeskakiwały iskry. Wnętrze statku oświetlały czerwone lampy awaryjne. Sam statek dryfował w przestrzeni kierując się w stronę niższych partii atmosfery, gdzie najprawdopodobniej zakończy swój żywot w płomieniach.
Szybko przeskoczyłem między wymiarami i praktycznie w tym samym momencie byłem z powrotem, trzymając w ręku wymontowany, z zamontowanego przeze mnie wcześniej w łaziku, modułem nawigacyjnym statku kosmicznego Sojuz TM-1.
Po zamontowaniu go z powrotem na miejsce, światła awaryjne zgasły. Przywróciły się systemy i statek wyrównał kurs początkowy. Chyba jeszcze na mikrosekundy przed powrotem na Marsa, uformowało  mi się na płacie skroniowym słowo большой – ale mogło mi się zdawać. 

Gdy wróciłem do obozowiska, gość stał- tak zresztą jak przypuszczałem – przy łaziku i coś z niego odkręcał. Podszedłem do niego i powiedziałem:
– składasz to i wypad z mojego wymiaru! – krzyknąłem
– składasz to i… co? – powiedział ja z innego wymiaru.
– … co? – zacząłem się zapętlać, otrząsnąłem się szybko –  nie możemy koegzystować w tych samych wszechświatach. Musisz do siebie wrócić.
– ale ja nic nie mam! Z czym mam wrócić? – odpowiedziałem sobie sobie.
– leć na Wenus i zabierz moją pompkę. Kupię sobie nową.
Ja z innego wszechświata widocznie się ropromieniłem, podałem sobie rękę na zgodę i zniknąłem. 

Podróże międzywymiarowe są męczące. Pomimo tego, że właściwie się dopiero obudziłem, runąłem na posłanie. Znów stałem schowany za drzewem, gdzie na łące pasły się nieistniejące konie.