Wyjrzałem przez okno. Na zewnętrznym termometrze słupek galinstanu pokazywał 12 stopni Celsjusza. Jeszcze 10 lat temu o tej porze roku było poniżej zera. Trawa rośnie jakby sygnały o zakończeniu cyklu wegetacji docierały do niej, jak komunikat zakończenia kartkówki do ucznia, który 5 min przed nim przestał się gapić na wiewiórkę za oknem klasy, i zaczął pośpiesznie pisać wykonując ruchy długopisem z prędkością sejsmografu umieszczonego na łączeniu płyt kontynentalnych podczas ich wzajemnego przemieszczania.

Było już dobrze po południu gdy postanowiłem przejść się po okolicy. Plan zakładał pełne skupienie i nie wychodzenie w żadnym innym kierunku, niż tu i teraz. Sygnał do podwyższenia skupienia jest o tyle istotny, że często przemieszczanie się przypomina chodzenie wewnątrz tesseraktu. Chodziło o tradycyjny spacer, taki zwykły, bez rozmawiania ze zwierzętami, cofania się w czasie lub przesuwania między wymiarami. Początek zapowiadał się dobrze. Wyszedłem z klatki schodowej swojego domu. Przystanąłem na moment przed nią żeby poprawić maskę zakrywającą prawie całą twarz. Odkąd zakazali się pokazywać, czułem się dużo lepiej. Kontynuowałem spacer chodnikiem, wzdłuż którego rosły klony. W pewnym momencie usłyszałem z niedaleka wrzask tłumu.
Obejrzałem się za siebie. Nade mną wznosił się most po którym szła swego rodzaju procesja. Ciężko było z tej perspektywy rozróżnić kim byli, co chcieli i czemu tak złorzeczyli na wszystko i wszystkich. Gdy tłum się zbliżył i praktycznie był bezpośrednio nade mną, zza barierek zaczęli wyglądać zamaskowani po czubek głowy uczestnicy dziwnego korowodu. Tuż koło mnie spadło kilka małych pustych butelek po wódce i ze dwie po piwie. Wszystkie, oprócz jednej małej butelki, roztrzaskały się o ulicę sypiąc odłamkami jak małe pociski artyleryjskie. Niedługo po deszczu przetworzonego kwarcu, zaczęły w moim kierunku lecieć race świetlne. Zastanawiałem się przez moment, czy to aby nie wojsko organizuje dzisiaj jakieś miejskie manewry i rzucają świece dymne oznaczając miejsce lądowań dla helikopterów, ale jeszcze się rozejrzałem i porzuciłem tę myśl. Było tu za ciasno na dwa duże samochody, a co dopiero helikopter. Zresztą świece sygnałowe powinni trzymać przy sobie, jeżeli chcieli zwrócić na siebie uwagę, a nie rzucać je pod most.
Musiał być jakiś inny powód. Spojrzałem jeszcze raz na tłum oraz na budynek, który się znajdował vis-a-vis maskarady. Smugi rzucanych rac wskazywały niezaprzeczalnie, że celem jest kamienica na którą patrzyłem. Nie widząc w zasięgu wzroku inteligentnego rozmówcy zadałem pytanie bezpośrednio ofierze.
– Ty, co tu się dzieje? – zwróciłem się do budynku.
– Do końca nie wiem. Oni tak chodzą co około 365 dni. Piją, palą, krzyczą, ale pierwszy raz coś mają do mnie. – odpowiedział budynek.
– Może masz jakieś nieciekawe kształty lub lokatorów? – zapytałem, dodałem jeszcze, żeby ośmielić rozmówce – nazywam się Adel Bertsy.
– Jestem Alejandra Trzymajka, w przyszłym roku skończę 90 lat, przez ten czas nie miałam z nikim problemów. Mieszkałam Tomasza Arciszewskiego, Stanisława Dubois’a i wielu innych, nie wiem o co może chodzić.
– Miło poznać. Rzeczywiście nie do końca rozumiem.
W tym momencie kamienica zasyczała…
-… DRAŃ MNIE ZASZCZYPAŁ W OKNO!
– Ogólnie to pali ci się balkon – dodałem.
Ogień powoli lizał framugę okna. Obserwujący z góry patrzyli się na to specyficzne ognisko na balkonie. Klęli, krzyczeli i chyba faktycznie nie lubili tego budynku. Po niedługim czasie było można usłyszeć zbliżające się syreny straży pożarnej. Strażacy w krótkim czasie ugasili pożar i pojechali. Ja zostałem sam, bo Alejandra przestała odpowiadać.
Po drugiej stronie ulicy zobaczyłem człowiek kończącego oddawanie moczu na filar mostu, a że był podobny do reszt nienawistników urbanistyki, zapytałem:
– Bardzo pana przepraszam, co tu się dzisiaj dzieje?
– A CO KURWA PARCHU NIE WIESZ CO SIĘ DZIEJE?! NIEPODLEGŁOŚĆ ŚWIĘTUJEMY I WOLNOŚĆ NASZĄ! – odpowiedział, zatoczył się i pobiegł zygzakiem do wejścia na most. Chyba mu się spieszyło świętować. Niedaleko jest wielki stadion. Jak go będą tak czcili jak tę kamienicę, to powstanie ładny znicz upamiętniający naszą wolność. 

Chyba jednak wrócę do domu i napiję się kawy. Jednocześnie nałożę na sobie niewolę, żeby poczuć się lepiej. Wolność w tych czasach brzmi jakoś niebezpiecznie.