Lato dobiega ku końcowi. Jest zimno, chociaż wcale mi nie musi być zimno, to jednak dla zachowania konsystencji ludzkiej, muszę poddawać się zwięzłym kanonom, które dotyczą każdego, więc jest mi zimno. Oczywiście, stojąc w pustce między galaktykami mógłbym powiedzieć, że jest mi niezmiernie, potwornie, ogromnie zimno, bo temperatura tam zbliżona do zera absolutnego, byłaby wystarczającym usprawiedliwieniem na swoistą zgryźliwość.
Już nie będę opisywał porannej kawy, bo oprócz kilku fluktuacji związanych z niedobudzeniem, nie było nic ciekawego. No może jedynie moment, w którym do mojego stołu kuchennego podjechała bryczka zaprzężoną w dwa konie i stangret ubrany w liberię zaczął do mnie krzyczeć coś po francusku. Był bardzo zły. Głowy koni znajdowały się po obu stronach mojej głowy. Jeden swoimi zwinnymi wargami ściągał sałatę z mojej porannej kanapki, drugi chciał uszczypnąć tego pierwszego w ucho i prawdopodobnie odebrać zielony łup. Musiałem się uchylać przed ich mini konfliktem. W tym czasie woźnica był już niezmiernie zły i chyba próbował wymierzyć we mnie cios batem. Usłyszałem świst i cała kompania rozpłynęła się w powietrzu pozostawiając po sobie opar i wielką końską kupę na środku mojej kuchni. Dodatkowo musiałem iść do lodówki po nowy liść sałaty.
Poszedłem się przejść po okolicy. Gdy nie ma stabilności wymiaru, potrafię przy każdym kroku znajdować się gdzie indziej. Można się do tego przyzwyczaić, ale przy odrobinie skupienia można też ustabilizować swój krajobraz i przez kilkanaście minut znajdować się w miarę jednostajnym położeniu. Gdy ostatnio się zagapiłem, to mało nie wpadłem do Rowu Mariańskiego i musiałem sporo czasu poświęcić żeby się odplątać z meduz. Do tego dookoła opadały wolno plastikowe śmieci, które na Oceanie Spokojnym stają się coraz częstszym widokiem.
Mijałem nieopodal Żabkę, która jakoś o tej porze nie jest najbardziej uczęszczanym miejscem. Postanowiłem zajrzeć. Wszedłem, żeby zakupić jakiś napój bez cukrowy. W przejściu zobaczyłem unoszące się w powietrzu koronawirusy. Jeden mówił do drugiego:
– Jezu! Jaka nuda!
– a co taki wierzący? Poczekaj, zaraz się ktoś pojawi. O wchodzi, gotowi?!
Wszedłem.
– o witamy Panie Bertsy – powiedział jeden trochę zrezygnowany
– czy ja wam mówiłem o szczepieniu na gruźlicę, którym wszyscy w tym kraju byli okuwani obowiązkowo? – zagadnąłem
– no wiemy wiemy, ale są jeszcze obcokrajowcy! – jeden odparł radośnie.
– w tym kraju prawie nie ma obcokrajowców. Próbowaliście w barze orientalnym?
Nagle w moim kierunku powędrowała chmura kropelek. Był to środek odkażający z atomizera, którym w sposób niezwykle energiczny, ekspedientka ubrana w nitrylowe rękawiczki i przyłbicę, opryskiwała wszystkie możliwe powierzchnie. Mali rozmówcy zaczęli pomału umierać.
Sprzedawczyni przeprosiła mnie. Odsunąłem się od drzwi. Chmurka dezynfekująca osiadła na szybie drzwi, po czym została przetarta jednorazowym ręcznikiem, który z kolei został skulkowany i zgrabnym ruchem umieszczony w koszu na śmieci.
Poszedłem do lodówki. Wewnątrz znajdowały się napoje, a wolnym miejscu pomiędzy nimi siedział pingwin i grał na banjo. Nie jestem wielkim fanem bluegrass, ale jego wykonanie Foggy Mountain Breakdown było jednym z lepszych jakie słyszałem. Odwróciłem się. Za moimi plecami stał eskimos i trzymał powróz, na którego końcu był zaczepiony kajak. Powiedział coś do mnie po Inuicku, uśmiechnął się i poszedł dalej zostawiając za sobą ślad kajaka w śniegu. Za kasą stał niedźwiedź polarny. Podszedłem. Położyłem Sprite’a Zero. Usta niedźwiedzia się poruszyły i usłyszałem:
– podać coś jeszcze Adel?
– nie, dziękuję, to wszystko. – zapłaciłem i wyszedłem ze sklepu.
Na zewnątrz zbierało się tornado. Nie kupiłem nic na obiad.