Szedłem środkiem lunaparku. Otaczała mnie feeria świateł, dźwięków, zapachów. Istny chaos. Nie słyszałem swoich myśli. Muzyka z różnych karuzel, autodromu, diabelskiego młyna, drop’n’twistów zlewały się w jeden niezrozumiały jazgot. Ludzie przekrzykiwali się , śmiali, pili alkohol i jedli niezdrowe fast foody w barach rozsianych wzdłuż głównej alei. Inni spacerowicze oglądali plastikową tandetę wyłożoną na straganach. Jeszcze inni korzystali ze strzelnic i wszelkiego rodzaju punktów niższej rozrywki, gdzie za nieduże pieniądze mieli nadzieję wygrania olbrzymiej maskotki dla wybranki swojego serca.

Nagle  wszystko ucichło. Ruch zamarł, wielkie machiny stanęły jak za sprawą magicznego wyłącznika prądu, użytego przez ocierającego pot z czoła wielkiego audytora. Zatrzymałem się. Przede mną ludzie się rozstąpili tworząc – wydawałoby się – nieskończony korytarz i kilka metrów przede mną niewielką arenę. Za mną pojawiły się dwie osoby, które na moje ramiona nałożyły płaszcz koronacyjny wykonany z czerwonego jedwabiu i wykończony futrem z gronostajów. Gdy płaszcz już był na swoim miejscu, podszedł człowiek ubrany w białą togę rzymską i nałożył mi na głowę laur z wawrzynu, podał mi kielich wina, uścisnął rękę gratulując i po energicznym potrząśnięciu nią, pociągnął mnie do siebie i ucałował w policzki na trzy. Wszyscy zaczęli bić brawo. Gdy już oficjalna uroczystość dobiegła końca, zaczęły się pokazy. Wybiegła para karłów w strojach dżokejów. Ciągnęli za sobą na uwięzi wielkiego konia rasy shire. Przygotowywali się do zaprezentowania woltyżerki, która jak przypuszczałem, będzie podobnie widowiskowa jak surfing na płetwalu błękitnym. Stałem i mimowolnie zacząłem popijać wino z pucharka, który wcześniej wręczył mi ten sympatyczny rzymianin. Na arenie rozgrywał się pokaz. W tej chwili jeden karzeł stał z założonymi rękami na wierzchu konia i chyba się przygotowywał, żeby złapać swojego partnera, który był już krok przed zeskoczeniem z czubka diabelskiego młyna. Nie zdążył skoczyć, bo w pewnej chwili koń wjechał w orkiestrę, która tworzyła tło muzyczne wydarzeniu, staranował sekcję dętą, co wywołało śmieszne popiskiwania członków orkiestry, i z impetem uderzył w wielki japoński bęben Taiko. Dźwięk uderzenia rozlał się po całym terenie i zaczął wlewać mi się przez uszy do głowy, powodując ból. Jednocześnie wszystko zaczęło się rozmywać.

Otworzyłem oczy. Ból z głowy zniknął, ale wydawało mi się, że jeszcze słyszę niewyraźny dźwięk orkiestry. Tak jak przypuszczałem leżałem w swoim łóżku. Chwyciłem zegarek z szafki nocnej i nacisnąłem przycisk iluminatora. Wyświetlacz rozświetlił się wesołą radioaktywną zielenią, wypalając mi jednocześnie eksponowane cyfry na nieprzyzwyczajonych do takiej jasności źrenicach. Szybko się odwróciłam. Znów spojrzałem kilka razy, tak żeby przygotować oko i zobaczyłem w końcu godzinę. Była 3:14 w nocy.
W tej chwili usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła, który dobiegał z kuchni.

Założyłem kapcie i poszedłem sprawdzić co się dzieje. Wszedłem do ciemnego pomieszczenia. Drzwi do lodówki były otwarte i świeciło się wewnątrz światło. Przed lodówką stała jakaś dziwna postać. 

Zapaliłem światło. Przede mną na podłodze leżały potłuczone dwa słoiki z piklami. – Korniszony i patisony, moje ulubione – pomyślałem,  co było dziwnym spostrzeżeniem zważając na postać plądrującą moją lodówkę. Co do samego obcego. Stał do mnie odwrócony plecami. Chyba nie zauważył zmiany natężenia oświetlenia. Od dołu miał nogi owłosione niczym owca. Myślałem że to jakieś góralskie spodnie, ale po przyjrzeniu się dokładnym, spodnie przechodziły płynnie w kopyta, co dawało obraz jakbym stał przed  zwierzęciem, przy czym góra była ewidentnie od zwykłego człowieka. Nieznajomy miał szerokie plecy, był trochę tłusty, ale spod niedużej warstwy sadła było widać wyraźnie duże i sprężyste mięśnie. Na plecy z głowy spływały długie blond włosy.

– EHHHMMMM!!! – chrząknąłem. Niestety nie dało to rezultatu.
– EEEEEEEHHHHHHHHMMMM!!!!!!!!!!! – prawie się wydarłem.
Plądrowanie ustało. Postać się wyprostowała. Teraz dopiero zobaczyłem, że wzrostem przewyższała lodówkę minimum o pół głowy. Odwróciła się.
Twarz była zdziwiona i jednocześnie zniecierpliwiona. Również mogłem zobaczyć, że nad uszami wyrastały jej małe różki. Z kącika ust wystawała długa marchewka zwieńczona natką.
– Co jest?! – szorstko spytała postać.
– To chyba ja bym chciał się dowiedzieć co robisz w moim domu i czym jesteś i czemu wyżerasz mi lodówkę niszcząc wszystko dookoła?! – prawie się wydarłem.
Niezapowiedziany gość się zamyślił. Zaczął ruszać ustami, jak aktor, który powtarza swój tekst przed występem. Trwało to chwilę, w końcu się odezwał.
– Jestem satyrem. Pojawiłem się tutaj i jestem głodny. Więc muszę cię przeprosić – odwrócił się i wrócił do intensywnej inwentaryzacji mojej personalnej chłodni.
Byłem mocno zmęczony. Wykluczyłem wzywanie policji, bo rozmowa mogłaby się skończyć wysłaniem do mnie karetki z pomocą psychiatryczną. Po drugie nie byłem pewny, czy to co widzę jest rzeczywiste. Postanowiłem pozostawić kwestię nierozwiązaną do rana.
– dobrze, ale masz mi zostawić coś na śniadanie! I jak się nazywasz?! – wydarłem się jeszcze przed powrotem do łóżka.
– Jestem Pan Wojtek – odpowiedział satyr. Nie przerwał przy tym szaleńczego jedzenia. Nawet się nie odwrócił. 

Wróciłem do łóżka. Jeszcze liczyłem, że się obudzę, ale chyba nie będzie to takie proste. Zamknąłem oczy. Właśnie zdążyłem na pokazy żonglerki hipopotamami przebranymi za żółwie. Zapowiada się długa noc.