Napiszę co się działo, bo to przechodzi to ludzkie pojęcie. Myślałem, że już przyzwyczaiłem się do myśli, że już nigdy żaden koń nie będzie dla mnie realnym.
Idę sobie ulicą gdzieś w środku miasta, nie dużego, nie za małego. Patrzę w telefon i widzę SMSa od moich przyjaciół od pogody o treści: Upały.
Spojrzałem i pomyślałem. – może to dobry znak!
Wtedy próbowałem się uśmiechnąć. Teoretycznie wydaje się to banalne, ale jak już dochodzi co do czego, to wcale nie. Skupiłem się na nerwie trójdzielnym twarzy i mięśniach przez niego zarządzanych. Kąciki ust zaczęły unosić się do góry.
W pewnym momencie słyszę:
– LUDZIE WEZWIJCIE POMOC!!
Podbiega do mnie mężczyzna, gdzieś koło czterdziestki. Dobrze zbudowany, silnym ruchem ręki kładzie mnie na ziemi.
Myślę: – niech się dzieje co chce.
Człowiek stoi nade mną i krzyczy dalej:
– ON MA UŚMIECH SARDONICZNY! MUSI MIEĆ TĘŻCA!
Zanim się zorientowałem, wokół mnie leżącego na chodniku zebrała się pokaźna grupa ludzi.
Dalszym następstwem było lądowanie śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po standardowych badaniach, ciśnienia, EKG, poziomu cukru, opukaniu moich kolan dali mi w końcu dojść do głosu. Opowiedziałem co się stało.
Nastąpiła konsternacja. Po chwili temat się trochę rozluźnił. Ratownicy zaczęli sobie żartować, nie minęło 5 minut jak wszyscy stali i ryczeli ze śmiechu. Jak osły na pastwisku.
Gdy się już uspokoili, to jeden, dokładnie pilot nie mógł przestać się śmiać. Miał skurczone mięśnie twarzy i wargi podniesione ukazujące górne zęby. Okazało się, że przez to wszystko dostał tężca. Zabrano go ambulansem.