Nie wiem co zdarzyło się zeszłej nocy. Kim był gość, który się przedstawił jako Pan Wojtek. Był, a może jest? Nie wiem czy się tu pojawił i wrócił do własnego wymiaru, czy może portal się zamknął i został tu na stałe. Było wiele pytań, które wymagały reakcji. Założyłem na siebie t-shirt Kinga Diamonda, leżący w nieładzie na wierzchu górki ubrań, spodnie od dresu i poszedłem do kuchni. Wszedłem. Byłem przekonany, że coś takiego zastanę, więc wystąpiła tylko średnio intensywna reakacja stresowa. Nie ścisnęło mnie w brzuchu, a zamiast marynarskiego komplementu wydostało się jedynie, – Ehhh.
Jedynie minę miałem dokładnie taką samą jak król na mojej koszulce z płyty Conspiracy.
Podłoga w kuchni była wyłożona w czarno-białą szachownicę z terakoty. Na jej powierzchni obecnie była rozlana kilkumilimetrowej grubości równomierna warstwa oleju, a pusta 5l butelka po nim leżała w kącie pomieszczenia. W czterech szafkach wiszących – na pięć – były wyrwane drzwiczki. Dolna służąca do przechowywania produktów sypkich, wyglądała jak tajne laboratorium produkujące amfetaminę po zamachu bombowym. Pod nią był rozsypany worek mąki, który nasiąkł częściowo olejem i stał się protoplastą ciasta do naleśników, w którym to centralnym punkcie znajdował się wielki odcisk racicy. W innej dolnej szafce stały syropy, to znaczy normalnie stały, obecnie były rozchlapane po ścianie i częściowo suficie. Lodówka świeciła swoim słabym światełkiem, pokazując pustki wewnątrz, jakby rekonstruowała wydarzenia z czasów głodu, kraju dyktatury komunistycznej. W środku praktycznie nie było nic, nie licząc drucianych półek i jednej puszki tuńczyka. Aż mnie trochę zatkało, bo widać z tego, że moją prośbę o pozostawieniu mi czegoś na śniadanie wziął do serca. Po całej kuchni były porozrzucane śmieci, szczątki opakowań produktów, które to kreatura spożyła. Niektóre opakowania miały na sobie ślady zębów, co wskazywało, że nie przeszkadzało to w konsumpcji, a samo pożeranie miało charakter duchowo-religijny. Ślady racic odbite mąką w oleju na podłodze, wyglądały jak schemat kroków jakiegoś szamańskiego tańca wywołującego bestię z piekła, przy czym jednocześnie jawiły się jakby odtańczyła je sama bestia. Ślad walki z niezaspokojonym głodem wyraźnie kończył się przy szafce z alkoholem i dalej wychodził drugimi drzwiami z kuchni kierując się w stronę małego pokoju, który pełnił funkcję garderoby.
Próbując stąpać po oleju na palcach przedostałem się do drugich drzwi i idąc jak indiański zwiadowca po śladach, znalazłem się po sekundzie przed zamkniętymi drzwiami do garderoby. Dźwięk, który wydobywał się zza nich – , a który słyszałem wcześniej, ale myślałem, że dociera z pobliskiej budowy – z bliska przypominał odgłos piły spalinowej, która się stępiła i zarzynała silnik będąc zacięta w pniu. Indywiduum chrapało.
Otworzyłem drzwi. Na środku pomieszczenia, przytulony do odkurzacza leżał satyr. Można by było powiedzieć dostojny satyr, ale do dostojności w tym momencie mu było tak daleko jak kijance do krokodyla. Koło głowy leżały opróżnione cztery butelki wina domowej roboty, w nogach trzy puste butelki po bourbonie, a w ręku trzymał prawie pustą litrową butelkę spirytusu. Brzuch miał wzdęty i burczący jak rottweiler, który dojrzał listonosza. Oprócz tego co jakiś czas ruszał nerwowo nogą jakby strzepywał niewidzialny kalosz i mamrotał coś pod nosem.
Postanowiłem go nie budzić. Zamknąłem za sobą drzwi i wróciłem do kuchni.
Nie przejmując się już zbytnio olejem na podłodze, znalazłem w kącie blatu niestłuczony kubek, poszedłem do wraku szafki, w której uchował się niewyjedzony słoik z kawą i przygotowałem sobie napar. Niestety bez mleka i cukru, bo ludzko-kopytny zajął się precyzyjnie i ostatecznie tymi produktami. W myślach przygotowywałem się do nadchodzących godzin walki z nieporządkiem. Kilka mopów i zmywaków straci życie na froncie tej wojny.