Była 12:00. Siedziałem w kuchni i patrzyłem się przez okno na opadające liście. Wielkimi krokami nadciągała zima, odstawiając na bocznicę pana deszczo-błota. W nocy termometr pokazał temperaturę poniżej zera, a gdzieś w górach ktoś widział śnieg.

Dopijałem swój popołudniową miętę, delektując się jednocześnie ciszą, która od około godziny nastała tak gwałtownie, jak alarm w remizie. Dźwięk tartaku, który towarzyszył mi od dwóch dni zmienił się w pomieszczenie dźwiękoszczelne.
Przechyliłem ostatni łyk napoju i odstawiłem z głośnym stuknięciem kubek na stół. Nadszedł czas, żeby sprawdzić co się dzieje w garderobie, królestwie mojego nieoczekiwanego gościa. 

Podszedłem do drzwi, chwyciłem klamkę i lekko popchnąłem je do wewnątrz. Ustąpiły bez żadnego oporu. Na środku pokoju siedział satyr. Był stworzeniem złożonym z futra, włosów, kopyt, rogów i czternastu centymetrów kwadratowych, prawdopodobnie, humanoidalnego odpowiednika skóry. Miał długie blond włosy, długą brodę blond rudą – która praktycznie zaczynała się pod oczami, a kończyła nad pępkiem -, szerokie barki, umięśnione ręce i klatkę piersiową, która łączyła się z trochę otłuszczonym brzuchem. Od pępka w dół był kozą. Futro wyglądało jak spodnie skrojone z owczej skóry, przy czym te kończyły się kopytami, czyli tak precyzyjnie – gdyby była to część garderoby -, były by to wodery zakończone racicami.
Pan Wojtek, bo tak mi się przedstawił dwa dni wcześniej, siedział na podłodze i kopytem grzebał sobie w pępku. Moje oczy i mózg musiały ten widok odpowiednio przekompilować zanim doszedłem do tej analizy. Jego nogi uginały się w drugą stronę.
– Jak ty to robisz? – pytanie mi się wyrwało zanim zdążyłem się zastanowić, ale widok był nowy.
– Jestem bardzo przystojny. To zasługa mojej matki. – odpowiedział zupełnie bez pyszności w głosie. Zaczął się do tego rozglądać jakby czegoś szukał. Pomimo intensywnych ruchów skrętnych nie zaprzestał operacji drążącej przy użyciu racicy.
– No nie do końca to miałem na myśli. Chodziło mi… zresztą nie ważne. Doszliśmy już do w miarę płynnego dialogu, to może byś mi powiedział skąd się wziąłeś w moim mieszkaniu?
Patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Był skoncentrowany i chyba próbował sobie coś przypomnieć, prawe oko zaczęło uciekać mimowolnie w prawy kąt oka, tworząc pokaźnego zeza rozbieżnego. Zaczął bezgłośnie poruszać ustami. Nie zaprzestał operacji “racica” nawet na moment. Po chwili odpowiedział.
– Stałem i patrzyłem w niebo. My satyrzy mamy bardzo dobry wzrok. Wypatrzyłem strunę kosmiczną oddaloną o kilka galaktyk. Próbowałem ją chwycić, ale ona poruszała się, niby wolno, ale nie potrafiłem jej złapać. Jestem szybki, bardzo szybki. – w tym momencie, coś jakby mikro burza rozpętała się w składziku i uderzył mikroskopijny grzmot. Pan zniknął.
– No i się zdenerwowałem! – usłyszałem głos satyra dochodzący zza moich pleców. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale pojawił się za mną. Odwróciłem się, on kontynuował:
– No i się zdenerwowałem! – powtórzył – Uderzyłem ręką w pień drzewa! Ten się wywrócił i pobiegłem. Biegłem w stronę kosmicznej pustki. Mijałem galaktyki, mgławice. Ocierałem się o niebezpieczne kwazary, na które jestem uczulony. W końcu byłem obok niej. Struna lśniła nicością, zapadała się w sobie, jednocześnie będąc ponade mną, we mnie. Nie Istniała, a była rzeczywista. Wziąłem ją w dwie ręce, nie uciekała, nie wiła się. Wtedy ją rozciągnąłem i ona pękła. Wszystko stało się niczym. – posmutniał.
–  Czyli jednym słowem spuściłeś swój Wszechświat z kąpielą.
– …
– Jesteś głodny? Musimy chyba coś zamówić. Lubisz chińczyka? – to co powiedziałem chyba nie wzbudziło u mojego gościa skojarzeń kulinarnych, więc zdecydowałem za niego i zamówiłem 25 porcji ryżu z kurczakiem w pięciu smakach.
On milczał. Jedynie było słychać dźwięk oscylującego kopyta. 

Po skończonej uczcie, z której mi się udało zjeść pół porcji, gość wrócił do swojego leża i znów w domu można było usłyszeć sympatyczny dźwięk pilarki spalinowej próbującej popełnić samobójstwo na skamieniałym drzewie. 

Przy następnej okazji będziemy ustalać zasady – pomyślałem i poszedłem do swoich spraw.