Otworzyłem oczy. Leżałem w swoim łóżku. Patrzyłem się w biały, wymagający już lekkiego odświeżenia, sufit. Wspomnienie podróży na Marsa pozostawiło pewnego rodzaju zawód, pewne uczucie niespełnienia i zarazem satysfakcję poradzenia sobie ze samym sobą… innym samym sobą.

 Wydaję mi się to trochę przykre, że inny ja jest maniakalnym zbieraczem reliktów elektroniki  i nawet nie chcę się zastanawiać czego jeszcze. Martwi mnie również ten przeciek czasoprzestrzenny, który doprowadził do przenikania naszych Wszechświatów. Nie powinno się to zdarzyć.  Poranne rozmyślania przerwał odgłos gotującej się wody dochodzący z drugiego pomieszczenia. Wstałem i poszedłem do kuchni. Na gazie stał czajnik.
Woda się już dawno temu zagotowała i unikając przegrzania próbowała się wydostać przez niezatkany gwizdkiem otwór. Erupcja była całkiem solidna, niejeden wulkan by pozazdrościł takiego rozmachu. Wyłączyłem gaz. Czajnik zamilkł. Nagle,  nad moją głową zaczęły się unosić białe światełka. Krążyły wokół mojej głowy jak elektrony walencyjne, jak świetliki nad bagnem. Intensywność światła zaczęła gwałtownie wzrastać, pojedyncze punkty zaczęły się ze sobą łączyć, skupiać w większe skupiska, te znów, w jeszcze większe.
Stałem pośrodku otaczającej mnie zewsząd jasności. Już nie pulsowała. Była jednostajna, bardzo jasna, lecz nieoślepiająca, przyjemna i hipnotyzująca. Gdy już zacząłem się jej poddawać, nagle zgasła. Potrzebowałem chwili, żeby przyzwyczaić oczy do dużo mniejszego natężenia. Powoli zacząłem dostrzegać zarysy mnie otaczające. Nie stałem już w kuchni. Stałem w środku sadzawki. Dookoła otaczały mnie drzewa, których gałęzie opuszczały się nad lustrem wody, jakby się kłaniały swojemu gościowi. Na nich siedziały pawie. Każdy z nich miał na głowie czapkę i pod skrzydłem wciśnięty segregator z napisem “AKTA NIEJAWNE”. Wszystkie wydawały się mnie obserwować, ale zarazem zajmowały się swoimi sprawami.
Obróciłem się. Obrót wydawał się być bardzo szybki, dużo szybszy niż fizycznie byłem w stanie się obrócić. Dookoła mnie wszystko się rozmyło. Smugi światła przypominały pasma gwiazd nagranych na filmie zrobiony timplapsem przedstawiającym nocne niebo. Teraz dodatkowo otaczał mnie dźwięk, ogłuszający, brzmiący jak odgłos ścinanego drzewa, tylko takiego wielkości galaktyki.

Gdy się obraz uspokoił otaczała mnie pustaka. Dźwięk również zniknął. W płacie skroniowym zmaterializowały się słowa:
– CO TU ROBISZ?! PROSZĘ DOKUMENTY!
To był Rubrum. Celnik, pracownik Straży Granicznej Marsa. Wszystko zaczęło się układać.
– spałeś, próbowałem Cię wywołać – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– KŁAMIESZ! ZOSTANIESZ WRZUCONY DO CZARNEJ DZIURY!
– sprawdź w takim razie swoją pamięć połączeń.
Nastała cisza. Taka jaka istniała przed wielkim wybuchem, gdzie nie było nic.  
– DOBRZE, JEST! CEL WIZYTY!?
– turystyczny – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– COŚ DO OCLENIA?!
– nie.
– WYDAJĘ POZWOLENIE TYMCZASOWE! MASZ SZCZĘŚCIE! NIE TO CO TEN ZIELONY HA HA HA – śmiech brzmiał jak rozpadające się gwiazdy.
– eeee, jaki zielony? – i stałem się mniej zielony, od razu zapytałem – co z nim zrobiłeś?
– PRZEBYWAŁ TU NIELEGALNIE! NIE ZGŁOSIŁ WIZYTY! PRÓBOWAŁ UKRAŚĆ MI OKAZJĘ!
To ostatnie zupełnie mnie nie zaskoczyło.
– można się dowiedzieć co się z nim stało? – teoretycznie, nie mój Wszechświat, nie moje  galaktyki, ale miałem podejrzenie, że ta dziwna czkawka czasoprzestrzenna przed kontrolą, nie była zamierzonym happeningiem zaplanowanym przez Rubruma.
– WRZUCIŁEM GO DO WNĘTRZA GWIAZDY NEUTRONOWEJ! NIE MA CZASU NA POGADUSZKI, WRACAM DO PRACY!
– poczekaj! Do której gwiazdy!?
– TU! DO WIDZENIA – zniknął. Wcześniej na moim hipokampie odłożyła się lokalizacja.
Nie wygląda to dobrze.

Nicość się rozpłynęła, ujawniając dobrze znany krajobraz marsjański. Stałem w moim obozowisku.. Za prowizorycznym namiotem znajdował się łazik marsjański Ciekawość.
Marsjański sol wchodził w fazę nocy. Kilka metrów od mojej głowy przepłynął olbrzymi Płetwal Błękitny z potomstwem. Dziecko wieloryba miało na ogonie sporych rozmiarów skarpetę do crossfitu. Przyszłość nie zapowiada się kolorowo.